Cross-section of a pond with fish, aquatic plants, a turtle on a rock, and a barn in the background

🌿 Offgridowa Środa #65: Staw, który karmi? Ile kosztuje własny ekosystem wodny

Aktualny obrazek: Cross-section of a pond with fish, aquatic plants, a turtle on a rock, and a barn in the background

Witaj czytelniku!

Ostatnio liczyliśmy, ile ziemi potrzeba rodzinie, ile miejsca zajmie warzywniak i ile drzew oraz krzewów może wyżywić gospodarstwo.

Dzisiaj dokładamy kolejny element układanki.

Staw.

I nie mam tutaj na myśli pięknego oczka wodnego z trzema karpiami koi, fontanną i kamieniami za kilka tysięcy złotych.

Mam na myśli staw, który ma pracować.

Magazynować wodę.

Dawać schronienie zwierzętom.

Pomagać w utrzymaniu bioróżnorodności.

A przede wszystkim — produkować jedzenie.

Ile stawu właściwie potrzeba?

Dla gospodarstwa rodzinnego nie zaczynałabym od hektara wody.

Wręcz przeciwnie.

Moim zdaniem bardzo ciekawym rozwiązaniem jest staw o powierzchni około 100–300 m².

To zaledwie 1–3 ary.

Przy działce liczącej kilka hektarów taki staw nie zajmuje więc ogromnej przestrzeni, a może pełnić jednocześnie kilka funkcji.

Dla rodziny 2–5 osób za rozsądny kompromis uznałabym około 200 m² lustra wody.

Nie powinien być jednak jedną wielką dziurą w ziemi.

Potrzebujemy różnych stref:

– głębszej części, najlepiej około 1,5–2 m,
– płytszych półek,
– roślinności przybrzeżnej,
– miejsca dla ryb,
– spokojnej strefy dla płazów i owadów,
– oraz łatwego dostępu do części gospodarczej.

I tutaj zaczyna się najciekawsza rzecz.

Co można hodować?

W polskich warunkach nie kombinowałabym z egzotyką.

Postawiłabym na gatunki, które znają nasz klimat.

Podstawą może być:

karp – odporny i dobrze znany w polskich gospodarstwach,

lin – dobrze pasujący do spokojnych, zarośniętych stawów,

karaś – odporny i niewymagający,

a przy odpowiednio zaprojektowanym systemie można rozważyć również inne gatunki, ale tutaj trzeba już dopasować obsadę do wielkości, głębokości i jakości wody.

Nie chodzi zresztą o to, żeby wrzucić do stawu 200 ryb i liczyć, że natura zrobi resztę.

Staw to ekosystem.

A ekosystem ma swoją pojemność.

A co z roślinami?

Roślinność jest wręcz konieczna.

Nie tylko dlatego, że wygląda ładnie.

Rośliny zapewniają schronienie, pomagają tworzyć środowisko dla drobnych organizmów i uczestniczą w obiegu składników odżywczych.

Wokół stawu można wykorzystać między innymi:

– trzcinę i pałkę wodną,
– miętę wodną,
– sitowie,
– grzybienie,
– rośliny bagienne i przybrzeżne,
– a w odpowiednich miejscach także rośliny użytkowe.

Tylko tutaj ważna uwaga:

nie sadziłabym wszystkiego na potęgę.

Staw ma być ekosystemem, a nie zieloną zupą.

Zbyt duża ilość roślin może być równie problematyczna jak ich brak.

Ile ryb można z tego wyciągnąć?

I tutaj musimy trochę ostudzić off-gridowe marzenia.

Bo internet lubi obiecywać cuda.

Realne wyniki zależą od jakości wody, klimatu, głębokości stawu, obsady, dokarmiania i tego, czy system jest ekstensywny czy intensywny.

Dane FAO dla stawów karpiowych pokazują, że przy prostych systemach polikultury bez intensywnego dokarmiania można uzyskiwać orientacyjnie około 1 000–3 000 kg ryb z hektara rocznie. To przekłada się na około 10–30 kg ryb ze 100 m² wody rocznie.

Czyli przy stawie 200 m² możemy bardzo orientacyjnie myśleć o:

20–60 kg ryb rocznie.

I właśnie taki wynik jest dla mnie ciekawy.

Nie dlatego, że 60 kg ryb wyżywi rodzinę przez cały rok.

Nie wyżywi.

Ale jeśli połączymy:

warzywniak + sad + jagodnik + kury + jajka + staw + ryby + spiżarnię,

nagle okazuje się, że gospodarstwo zaczyna produkować naprawdę sporą część własnego jedzenia.

A o to przecież chodzi.

Kiedy można pierwszy raz łowić?

Nie liczyłabym na ryby po trzech miesiącach.

Jeżeli zaczynamy od małego narybku, trzeba dać im czas.

Realistycznie pierwsze sensowne odłowy mogą pojawić się po 1–2 sezonach, natomiast stabilniejsze gospodarowanie stawem wymaga kilku lat.

I to jest kolejna rzecz, którą lubię w off-gridzie.

Nie wszystko musi działać od pierwszego dnia.

Sad również nie daje pełnych plonów rok po posadzeniu.

Las nie rośnie w weekend.

Staw też potrzebuje czasu.

Ile kosztuje taki staw?

Tutaj rozrzut może być ogromny.

Jeżeli mamy dobrą działkę, odpowiedni grunt i możliwość wykorzystania naturalnego ukształtowania terenu, koszty mogą być znacznie niższe.

Jeżeli natomiast trzeba wszystko wykopać ciężkim sprzętem, wywieźć ziemię, uszczelnić dno, zrobić dopływ, odpływ, zabezpieczenia i zagospodarować brzegi — rachunek rośnie bardzo szybko.

Dlatego dla niewielkiego gospodarczego stawu około 100–300 m² traktowałabym kilkanaście do kilkudziesięciu tysięcy złotych jako bardzo orientacyjny budżet inwestycji, a nie sztywny cennik.

Do tego dochodzą:

– projekt i formalności,
– koparka,
– ewentualne uszczelnienie,
– zagospodarowanie brzegów,
– rośliny,
– narybek,
– ogrodzenie lub zabezpieczenia,
– ewentualne napowietrzanie i pompa.

I tutaj najważniejsza rzecz:

najpierw sprawdzamy przepisy, dopiero później koparkę.

W Polsce budowa stawu może wymagać odpowiedniego zgłoszenia wodnoprawnego albo pozwolenia, zależnie od parametrów i sposobu wykonania inwestycji. Wody Polskie wprost wskazują, że przy stawach znaczenie mają między innymi ich parametry i kumulacja kilku przedsięwzięć.

Czyli najpierw papierologia.

Dopiero potem łopata.

I tutaj wracamy do Chin

Właśnie ten element najbardziej mnie fascynuje.

W Chinach przez wieki rozwijano zintegrowane gospodarstwa rybne, gdzie staw nie był samotnym zbiornikiem.

Ryby były częścią większego systemu.

Brzegi stawu wykorzystywano do uprawy roślin.

Roślinność mogła być paszą.

Odpady z gospodarstwa mogły trafiać do produkcji nawozu.

Ryby wykorzystywały naturalny pokarm powstający w wodzie.

A rolnik otrzymywał jednocześnie ryby, warzywa, owoce, paszę i inne produkty.

FAO opisuje chińskie systemy, w których łączono hodowlę ryb z uprawami, zwierzętami i roślinnością wodną. To właśnie integracja wielu elementów, a nie jeden cudowny staw, była sekretem wydajności tego rozwiązania.

I to jest moim zdaniem genialne.

Bo zamiast myśleć:

„Mam staw.”

myślimy:

„Mam kolejny element zamkniętego obiegu.”

Mały staw może być większy, niż wygląda

200 m² wody.

Kilkaset metrów warzywniaka.

Sad.

Kury.

Pszczoły.

Jagodnik.

Kompost.

Las.

I nagle nie mamy już zwykłej działki.

Mamy mały system produkcji żywności.

Nie całkowicie samowystarczalny.

Nie magiczny.

Nie bezobsługowy.

Ale taki, który z każdym kolejnym rokiem może dawać coraz więcej.

I właśnie dlatego coraz bardziej podoba mi się idea off-gridu.

Nie chodzi o życie bez pieniędzy.

Chodzi o to, żeby pieniądze nie były jedynym sposobem zdobywania wszystkiego, czego potrzebujemy.

Bo jeśli własna ziemia może dać Ci jabłka, ziemniaki, warzywa, jajka, miód, drewno, wodę i ryby…

to zaczynasz budować coś znacznie cenniejszego niż zwykły ogród.

Budujesz niezależność.

A staw?

Cóż.

Może być tylko kolejnym kawałkiem tej układanki. 🌿

📚 To wpis z serii Offgridowa Środa

Zobacz wszystkie posty ➡
https://lesnakapitalistka.com/category/offgridowa-sroda/

Disclaimer:
Wpis przedstawia moje osobiste przemyślenia i ma charakter edukacyjny. Podane powierzchnie są wartościami orientacyjnymi i mogą się różnić w zależności od jakości gleby, klimatu, sposobu prowadzenia gospodarstwa oraz potrzeb konkretnej rodziny.


Komentarze

Dodaj komentarz