
Kiedy ktoś słyszy słowo FIRE, bardzo często wyobraża sobie milionera, który w wieku czterdziestu lat rzuca pracę, kupuje dom nad morzem i do końca życia popija drinki z palemką.
Ja też kiedyś miałam zupełnie inne wyobrażenie o finansach.
Co ciekawe, moja droga do inwestowania zaczęła się… od pewnej piramidy finansowej.
Tak, dobrze czytasz. 😄
Miałam wtedy około 18 lat i jak wiele młodych osób dałam się skusić obietnicy łatwych pieniędzy. Straciłam około 600 zł.
Ach, ta młodość… – powiedziała osoba mająca dziś 38 lat. 😄
I choć sama inwestycja była błędem, to została po niej jedna bardzo cenna rzecz.
Po raz pierwszy usłyszałam wtedy o dochodzie pasywnym.
Oczywiście wtedy nazywano to zupełnie inaczej i cała otoczka była delikatnie mówiąc podejrzana, ale sama idea została mi w głowie na wiele lat.
Kiedy około 29.–30. roku życia zaczęłam pracować na pełny etat, wiedziałam już jedno.
Chcę zbudować dochód pasywny.
Nie wiedziałam jeszcze jak.
Nie znałam ETF-ów.
Nie rozumiałam giełdy.
Nie wiedziałam nawet, czym jest FIRE.
Ale cel już był.
Zanim zaczęłam inwestować…
Przez pierwsze lata po prostu oszczędzałam.
Każda nadwyżka trafiała na konto oszczędnościowe.
Nie miałam jeszcze planu inwestycyjnego.
Wiedziałam tylko, że pieniądze nie mogą zostać przejedzone.
Bardzo spodobała mi się wtedy zasada, o której opowiadał Wojciech Cejrowski. Jestem ogromną fanką yerba mate, więc jego programy oglądałam z wielką przyjemnością.
To była zasada dzielenia pieniędzy na trzy części:
1/3 na chleb.
1/3 na zasiew.
1/3 na zapas.
Do dziś uważam, że to jedna z najprostszych i jednocześnie najmądrzejszych metod myślenia o finansach.
Dla mnie „na chleb” oznacza wszystkie codzienne wydatki:
czynsz,
jedzenie,
rachunki,
telefon,
transport,
ubezpieczenia.
Po prostu normalne życie.
„Na zasiew” to pieniądze przeznaczone na przyszłość.
Tak jak rolnik zostawia część zboża na przyszłoroczny zasiew, tak ja odkładałam środki na przyszłe inwestycje.
Natomiast „na zapas” to pieniądze, których – mam nadzieję – nigdy nie będę musiała używać.
To moja poduszka bezpieczeństwa.
Na awarie.
Na chorobę.
Na życiowe niespodzianki.
Co ciekawe, moje główne konto bankowe do dziś nazywa się… „Na chleb”.
To taki mały ukłon w stronę tej filozofii.
Pierwsze kroki na giełdzie
Po około dwóch latach oszczędzania stwierdziłam, że czas zrobić kolejny krok.
Spróbuję inwestowania.
Przyznam szczerze, że podchodziłam do giełdy z ogromnym sceptycyzmem.
Bałam się.
Myślałam, że to miejsce tylko dla ekonomistów albo ludzi z ogromnym kapitałem.
Na szczęście ten strach minął po dwóch czy trzech miesiącach.
Zrozumiałam wtedy coś bardzo ważnego.
Na giełdzie nie wygrywa ten, kto jest najmądrzejszy.
Najczęściej wygrywa ten, kto potrafi być cierpliwy.
Od tamtej chwili zaczęła się moja prawdziwa przygoda z inwestowaniem.
Czytałam książki.
Analizowałam spółki.
Poznawałam ETF-y.
Słuchałam podcastów.
Uczyłam się psychologii pieniędzy.
Jedną z książek, którą do dziś bardzo polecam, jest 4-godzinny tydzień pracy autorstwa Timothy Ferriss.
Nie ze wszystkim się w niej zgadzam, ale bardzo mocno zmieniła moje spojrzenie na czas, pracę i budowanie wolności.
Czym właściwie jest FIRE?
Dopiero później odkryłam, że to, co próbuję zbudować, ma nawet swoją nazwę.
FIRE.
Czyli Financial Independence, Retire Early.
Większość ludzi skupia się na ostatnich dwóch słowach.
Ja najbardziej lubię pierwsze.
Financial Independence.
Niezależność finansowa.
Bo dla mnie FIRE nigdy nie oznaczało siedzenia w domu i nicnierobienia.
Nigdy nie marzyłam o wcześniejszej emeryturze.
Lubię pracować.
Lubię rozwijać bloga.
Lubię pisać.
Lubię uczyć się nowych rzeczy.
Dla mnie FIRE oznacza coś zupełnie innego.
Możliwość wyboru.
Możliwość powiedzenia „nie”.
Możliwość zmiany pracy.
Możliwość odpoczynku, gdy zdrowie tego wymaga.
Możliwość pomagania bliskim bez martwienia się o każdą złotówkę.
To właśnie jest dla mnie prawdziwe bogactwo.
Jak policzyć swoje FIRE?
Najpopularniejsza metoda opiera się na tak zwanej zasadzie 4%.
W dużym uproszczeniu zakłada ona, że portfel inwestycyjny powinien być około 25 razy większy od naszych rocznych wydatków.
Jeżeli wydajesz 3000 zł miesięcznie, potrzebujesz około 900 tysięcy złotych.
Przy wydatkach 4000 zł miesięcznie będzie to około 1,2 miliona.
A przy 5000 zł miesięcznie około 1,5 miliona złotych.
To oczywiście tylko orientacyjne wartości.
Każdy powinien dopasować je do własnej sytuacji, planów i poziomu bezpieczeństwa, jaki chce osiągnąć.
Czy naprawdę chodzi o miliony?
Im dłużej inwestuję, tym bardziej dochodzę do jednego wniosku.
FIRE nie zaczyna się wtedy, gdy na koncie pojawia się pierwszy milion.
FIRE zaczyna się dużo wcześniej.
Zaczyna się wtedy, gdy masz poduszkę bezpieczeństwa.
Gdy nie żyjesz od pierwszego do pierwszego.
Gdy potrafisz regularnie inwestować.
Gdy nie kupujesz wszystkiego pod wpływem chwili.
Gdy przestajesz bać się każdej niespodziewanej faktury.
To właśnie wtedy odzyskujemy coś znacznie cenniejszego niż pieniądze.
Spokój.
Na zakończenie
Dziś, patrząc na swoją drogę, widzę, że nie zbudowałam jej dzięki jednemu genialnemu pomysłowi.
To były setki małych decyzji.
Regularne oszczędzanie.
Cierpliwe inwestowanie.
Czytanie.
Nauka.
Unikanie długów.
I konsekwencja.
Nie wiem, czy kiedyś osiągnę pełne FIRE.
Ale wiem jedno.
Jestem znacznie bliżej wolności finansowej niż byłam kilka lat temu.
I właśnie dlatego warto zacząć.
Nawet od małych kwot.
Bo największą siłą inwestowania nie są wysokie zyski.
Największą siłą inwestowania jest czas.
📚 To wpis z serii Portfel z Werandy
Zobacz wszystkie posty ➡️
https://lesnakapitalistka.com/category/portfel-z-werandy/
Disclaimer:
Wpis przedstawia moje osobiste doświadczenia i przemyślenia. Nie stanowi porady inwestycyjnej ani finansowej. Każdy powinien samodzielnie ocenić swoją sytuację oraz podejmować decyzje zgodnie z własnymi celami i poziomem akceptowanego ryzyka.

Dodaj komentarz