
W poprzednim wpisie pokazałam Wam, jak wygląda moja stopa oszczędności.
Wynosi około 72% mojej pensji.
Brzmi absurdalnie?
Dla wielu osób pewnie tak.
Ale chcę od razu zaznaczyć jedną rzecz: nie doszłam do 72% z dnia na dzień.
Nie obudziłam się pewnego ranka i nie powiedziałam:
„Od dzisiaj nie wydaję pieniędzy”.
Wręcz przeciwnie.
Dochodziłam do tego bardzo powoli, małymi krokami.
I właśnie dlatego uważam, że zwiększanie stopy oszczędności nie powinno zaczynać się od katowania własnego budżetu.
Powinno zacząć się od jego poznania.
Najpierw zobacz, gdzie naprawdę uciekają pieniądze
Moim pierwszym krokiem była zasada, o której pisałam już wcześniej — podziel każdy grosz pensji na trzy części.
Jedna część na chleb, czyli codzienne życie.
Druga na zasiew, czyli pieniądze przeznaczone na przyszłość: oszczędności i inwestycje.
Trzecia na „SAS”, czyli pieniądze, których nie potrzebuję teraz i które mają być zabezpieczeniem na gorsze czasy.
Ta prosta zasada nauczyła mnie jednej bardzo ważnej rzeczy:
budżetowanie i oszczędzanie zawsze idą ze sobą w parze.
Bo kiedy nie wiesz, gdzie uciekają Twoje pieniądze, trudno zdecydować, z czego właściwie możesz zrezygnować.
A ja nie jestem zwolenniczką wyrzucania z budżetu wszystkiego, co sprawia nam przyjemność.
Wręcz przeciwnie.
Uważam, że hobby powinno mieć swoje miejsce w budżecie.
Nie zabieraj sobie rzeczy, które naprawdę lubisz
Lubisz gry?
Ustal sobie na przykład 20 zł miesięcznie na gry.
Najlepiej na osobnym koncie oszczędnościowym.
Nie musisz kupować gry każdego miesiąca. Pieniądze mogą się spokojnie odkładać, a Ty wykorzystasz je wtedy, kiedy pojawi się naprawdę interesujący tytuł.
A może lubisz malować?
Odkładaj 20–50 zł miesięcznie na osobne konto na farby, pędzle i inne materiały.
Kiedy czegoś zabraknie — masz gotowy fundusz.
To działa również przy innych hobby.
I jest jeszcze jeden plus.
Życie czasami robi swoje i przez kilka miesięcy czy nawet rok nie mamy czasu na nasze zainteresowania. Wtedy takie małe konto może sobie spokojnie rosnąć.
A kiedy wrócimy do hobby, nie musimy nagle wygospodarowywać dużej kwoty z bieżącej pensji.
Pieniądze już tam czekają.
To jest właśnie moje podejście do oszczędzania.
Nie chcę, żeby moje życie było szare tylko dlatego, że buduję majątek.
Chcę po prostu płacić za rzeczy, które rzeczywiście mają dla mnie wartość.
A co w takim razie warto zakręcić?
Tu odpowiedź jest bardzo prosta:
rzeczy, z których nie korzystasz.
Nie hobby.
Nie rzeczy, które sprawiają Ci codziennie przyjemność.
Tylko wydatki, które istnieją właściwie siłą rozpędu.
Przykład?
Karnet na siłownię.
Załóżmy, że kosztuje średnio około 205 zł miesięcznie.
Jeżeli chodzisz regularnie — świetnie.
Jeżeli dzięki niemu dbasz o zdrowie i rzeczywiście korzystasz z siłowni, zostaw go.
Ale jeżeli przez cały miesiąc pojawiasz się tam pięć razy?
To zaczyna być ciekawa matematyka.
205 zł podzielone przez 5 wizyt daje około 41 zł za jedną wizytę.
I nagle może się okazać, że pojedyncze wejście bez karnetu kosztowałoby podobnie.
Wtedy warto się zastanowić:
czy naprawdę potrzebuję tego karnetu?
To samo dotyczy subskrypcji.
Netflix, aplikacje, programy, platformy, abonamenty, członkostwa…
Nie mam nic przeciwko nim.
Sama korzystam z rzeczy, które lubię.
Ale jeżeli płacisz kilkadziesiąt złotych miesięcznie za usługę, z której korzystasz kilka razy w miesiącu, policz koszt jednej godziny użytkowania.
Może wyjdzie kilkanaście groszy.
Super — zostaw.
A może okaże się, że płacisz kilkadziesiąt złotych za coś, czego praktycznie nie używasz.
Wtedy mamy gotowego kandydata do odstrzału.
Nie tnij wszystkiego. Tnij to, czego nie potrzebujesz.
To jest chyba najważniejsza rzecz, jaką wyniosłam z własnego budżetowania.
Nie próbuj oszczędzać na wszystkim.
Bo bardzo szybko dojdziesz do momentu, w którym życie zacznie Cię męczyć.
A wtedy pojawi się klasyczny scenariusz:
„Oszczędzałem przez trzy miesiące, a teraz mam dość”.
I cały misterny plan idzie w diabły.
Dużo lepiej jest znaleźć kilka wydatków, które niczego wartościowego nie wnoszą do naszego życia, i po prostu je wyciąć.
Czasami wystarczy kilka takich decyzji, żeby stopa oszczędności wzrosła o kilka, kilkanaście punktów procentowych.
A my nawet specjalnie tego nie odczujemy.
Poza jednym małym szczegółem:
na koncie zostaje więcej pieniędzy.
Moje 72% nie jest celem dla każdego
I tutaj chcę postawić bardzo wyraźną granicę.
Moja stopa oszczędności wynosząca około 72% nie jest żadnym uniwersalnym ideałem.
Nie każdy może i nie każdy powinien odkładać tak dużo.
Każdy ma inne dochody, rodzinę, mieszkanie, zdrowie, potrzeby i priorytety.
Dla jednej osoby świetnym wynikiem będzie 10%.
Dla drugiej 30%.
Dla jeszcze innej 50%.
Najważniejsze jest to, żeby znaleźć swój własny poziom, który można utrzymać przez lata.
Bo dla mnie oszczędzanie nie jest sprintem.
To jest żółw.
Powolny, nudny i konsekwentny.
Czyli dokładnie taki, jak lubię.
I właśnie dlatego zamiast pytać:
„Z czego jeszcze mogę zrezygnować?”
wolę pytać:
„Za co właściwie płacę i czy ta rzecz naprawdę daje mi coś w zamian?”
To jest ogromna różnica.
Bo celem nie jest życie bez wydawania pieniędzy.
Celem jest wydawanie pieniędzy świadomie.
A kiedy zaczynasz robić to regularnie, stopa oszczędności potrafi rosnąć niemal niezauważalnie.
I nagle okazuje się, że możesz oszczędzać znacznie więcej…
bez poczucia, że coś sobie odebrałeś.
📚 To wpis z serii Kapitalistyczne Piątki
Zobacz wszystkie posty ➡
https://lesnakapitalistka.com/category/kapitalistyczne-piatki/
Disclaimer:
Wpis ma charakter osobistej refleksji i nie stanowi porady inwestycyjnej ani finansowej. Każda decyzja finansowa powinna być dostosowana do własnej sytuacji i możliwości.
Dodaj komentarz