
W świecie inwestowania istnieją dwie wielkie szkoły podejścia do budowania portfela. Z jednej strony mamy ETF-y, czyli fundusze pasywne odwzorowujące indeksy. Z drugiej – fundusze aktywnie zarządzane, w których cały sztab analityków i zarządzających próbuje „pokonać rynek”. No właśnie – próbuje.
ETF-y – prostota i niskie koszty
ETF-y (Exchange Traded Funds) są genialne w swojej prostocie. Kupujesz jeden instrument, a w środku masz koszyk setek czy tysięcy spółek. Dzięki temu od razu masz dywersyfikację i śpisz spokojniej, bo ryzyko rozkłada się na wiele firm.
Największy plus ETF-ów to koszty – prowizje są śmiesznie niskie, często w okolicach 0,05–0,20% rocznie (a bywają nawet ETF-y z kosztami rzędu 0,01%). To oznacza, że nie musisz finansować armii analityków i ich luksusowych biur – Twoje pieniądze naprawdę pracują.
ETF-y mają jeszcze jedną zaletę – przejrzystość. Wiesz, jaki indeks śledzą (np. S&P500, MSCI World) i co dokładnie znajduje się w środku.
Fundusze aktywne – czy ekspert naprawdę wie lepiej?
Fundusze aktywnie zarządzane to zupełnie inna bajka. Tutaj płacisz więcej – często 1–3% rocznie – za to, że ktoś stara się „wybrać lepsze spółki” i „zrobić timing rynku”. Problem w tym, że statystyki są brutalne: większość funduszy aktywnych nie bije rynku w długim terminie.
Czyli płacisz więcej, a zyskujesz… mniej. Do tego dochodzi brak przejrzystości – często nie do końca wiadomo, co zarządzający w danym momencie trzymają w portfelu.
Moje podejście do ETF-ów
Ja osobiście stawiam na ETF-y – i to w bardzo prosty sposób. Wybrałam kilka takich, które obejmują rynek światowy i są globalnie zdywersyfikowane. Kupuję je przez autoplan: 100 zł tygodniowo w 4 różne ETF-y.
Dlaczego nie korzystam z „ekspertów” od inwestowania czy funduszy aktywnych? Bo statystycznie rzecz ujmując, ich skuteczność jest mniejsza niż ETF-ów albo nawet robo-doradców. Do tego koszty są wysokie – płacisz prowizję niezależnie od tego, czy wypracują zysk, czy nie.
A przy ETF-ach, gdzie opłata wynosi 0,1% albo nawet 0,01% rocznie wartości portfela, różnica jest kolosalna. Dlatego dla mnie najlepszym rozwiązaniem jest autoinwestowanie w ETF-y.
Oczywiście – każdy musi znaleźć swoją drogę. Może dla Ciebie bardziej opłacalne będzie coś innego niż u mnie. Ja wybrałam cierpliwe budowanie portfela i spokojne podejście bez emocjonalnych decyzji.
A co w 2025 roku?
Na rynku finansowym jest coraz więcej danych i dowodów, że pasywne podejście wygrywa. Coraz więcej inwestorów indywidualnych ucieka od „drogich funduszy aktywnych” i kieruje się w stronę ETF-ów.
Ale czy to oznacza, że aktywne fundusze są bez sensu? Niekoniecznie. Mogą być ciekawym dodatkiem dla osób, które:
- chcą mieć dostęp do rynków niszowych (np. spółki z Afryki czy branża biotechnologii),
- wierzą w umiejętności konkretnego zarządzającego,
- traktują to jako dywersyfikację strategii.
Moja rada?
Na start, dla większości początkujących, ETF-y są najlepszym wyborem – tanie, proste, przejrzyste i łatwe w obsłudze. Fundusze aktywne mogą być dodatkiem, ale raczej jako ciekawostka niż fundament portfela.
📚 To wpis z serii Portfel z Werandy.
Zobacz wszystkie posty ➡ https://lesnakapitalistka.com/category/portfel-z-werandy/
⚠️ Disclaimer : Inwestowanie jest ryzykowne i możesz stracić część lub całość zainwestowanego kapitału. Podane informacje służą wyłącznie celom informacyjnym i edukacyjnym i nie stanowią żadnego rodzaju porady finansowej ani rekomendacji inwestycyjnej.
Dodaj odpowiedź do Anna Durak Anuluj pisanie odpowiedzi