
Rok inwestycyjny zwykle podsumowuje się listą sukcesów. Co kupiłam, ile urosło, gdzie byłam „wcześniej niż rynek”. Są wykresy, są procenty, są historie o dobrym timingu. Wszystko wygląda ładnie i daje poczucie kontroli.
Tylko że to nie cała prawda.
Najlepszą decyzją inwestycyjną tego roku nie było to, co zrobiłam. Było nią to, czego świadomie nie zrobiłam.
Nie rzucałam się na modne okazje. Nie zmieniałam strategii tylko dlatego, że ktoś krzyczał głośniej. Nie reagowałam nerwowo na każdą korektę. I właśnie dlatego ten rok uważam za udany.
Największe ryzyko inwestora to nuda
Witaj, Czytelniku.
Największym ryzykiem inwestora wcale nie są szalone ruchy, paniczna sprzedaż ani spektakularne błędy. Największym ryzykiem jest nuda. Ta cicha, pozbawiona adrenaliny konieczność trzymania się strategii, którą samemu się ustaliło — miesiąc po miesiącu, rok po roku.
U mnie wygląda to bardzo prosto. Mam plan inwestycyjny, którego trzymam się od prawie sześciu lat. Bez fajerwerków. Bez ciągłych zmian. Jeden zakup akcji miesięcznie. Tyle. Idealnie, jeśli są to tzw. królowie dywidendy — spółki, które od co najmniej 50 lat wypłacają i regularnie zwiększają dywidendy.
Dlaczego właśnie takie? Bo od początku wiedziałam, że to zakup na lata, a nie na emocje. Buduję maszynę, która ma działać długo po tym, jak przestanę na nią codziennie patrzeć. Maszynę, która za jakiś czas zacznie „jeździć sama”, nawet jeśli ja zajmę się czymś zupełnie innym.
I tu pojawia się problem: nie każdy inwestor wytrzymuje nudę.
Nie ma tu codziennych górek i dołków, które można komentować. Nie ma ekscytujących zwrotów akcji. Jest kupowanie, reinwestowanie i… czekanie. Spokojne, nudne czekanie przez 20+ lat.
Tyle że to właśnie ta nuda daje najlepsze efekty. Nie kolejne skoki na wykresie, nie pogoń za nową narracją, tylko cierpliwe trzymanie akcji i pozwolenie, by czas zrobił swoje.
Czego świadomie NIE zrobiłam w tym roku
Nie wskoczyłam w „oczywiste okazje”, których nie rozumiałam. Jeśli nie potrafię wytłumaczyć sobie, skąd bierze się zysk, to znaczy, że nie jestem właścicielem decyzji — tylko pasażerem cudzej opinii.
Nie ratowałam słabych pozycji tylko dlatego, że „już tyle spadło”. Pozwoliłam stracie być stratą. Bez emocjonalnej reanimacji i bez dopisywania historii po fakcie.
Nie zmieniałam strategii co kilka miesięcy. Strategia, która nie była zepsuta, nie potrzebowała naprawy. Konsekwencja okazała się bardziej opłacalna niż kreatywność.
Nie reagowałam natychmiast. Dałam sobie czas. Emocje zawsze opadały szybciej niż rynek zdążył się „zawalić na zawsze”.
Nie porównywałam obsesyjnie wyników z innymi. Mój portfel nie ma obowiązku wygrywać rankingów. Ma działać zgodnie z moim planem i moją tolerancją ryzyka.
Dlaczego to był mój najlepszy ruch
Bo inwestowanie to w dużej mierze sztuka rezygnacji.
Z okazji, które nie są dla mnie.
Z emocji, które chcą prowadzić decyzje.
Z potrzeby ciągłego działania.
Ten rok nie nauczył mnie, jak zarabiać szybciej. Nauczył mnie, jak nie tracić głupio. A to fundament, bez którego żadna stopa zwrotu nie ma znaczenia.
Jeśli miałabym podsumować ten bilans jednym zdaniem, brzmiałoby ono tak:
najwięcej zyskałam wtedy, gdy świadomie pozwoliłam sobie nic nie robić.
📚 To wpis z serii Portfel z Werandy
Zobacz wszystkie posty ➡ https://lesnakapitalistka.com/category/portfel-z-werandy/
Disclaimer:
Wpis ma charakter osobistej refleksji i nie stanowi porady inwestycyjnej ani finansowej. Każda decyzja inwestycyjna wiąże się z ryzykiem i powinna być podejmowana samodzielnie.
Dodaj komentarz