
Na pewnym etapie inwestowania człowiek przestaje szukać okazji. Nie dlatego, że rynek się skończył albo że wszystko nagle stało się drogie. Po prostu zmienia się sposób myślenia. Emocje ustępują miejsca selekcji, a polowanie — spokojnemu wybieraniu.
U mnie szał na „kup Teslę, bo rośnie” skończył się bardzo szybko. Dosłownie po kilku miesiącach inwestowania. Nie dlatego, że Tesla przestała być ciekawa, ale dlatego, że zobaczyłam coś, co zupełnie przestawiło mi zwrotnicę.
Pierwsze 15 zł z dywidendy zmienia więcej niż najlepszy wykres
Pamiętam dokładnie moment, w którym na konto wpadła pierwsza dywidenda. Około 15 zł. Kwota śmieszna, prawda? A jednak to było coś.
Nie wykres.
Nie obietnica.
Nie „potencjał wzrostu”.
Prawdziwe pieniądze. Gotówka. Namacalny dowód, że to działa.
Dziś z jednej spółki dostaję 2–3 razy tyle. I tak — emocje są mniejsze niż przy pierwszych piętnastu złotych, ale ekscytacja nadal jest. Bo każda dywidenda mówi mi jedno: robisz to dobrze. Nie musisz nic udowadniać rynkowi. Rynek sam płaci Ci za cierpliwość.
Okazje są głośne. Dywidendy są ciche.
Okazje inwestycyjne mają to do siebie, że krzyczą. Są wszędzie. W nagłówkach, w social mediach, w rozmowach znajomych. Zawsze jest „ostatni moment”, „zmiana paradygmatu” albo „okazja dekady”.
Tymczasem dywidendy przychodzą po cichu. Bez fanfar. Bez emocji. I właśnie dlatego są tak potężne.
Najlepsze spółki w moim portfelu nigdy mnie nie wołały. Nie musiały. Robiły swoje, a ja tylko pozwoliłam im pracować.
Jestem leniwa. I to moja przewaga.
Powiedzmy to wprost: kocham nic nie robić. Mam wbudowanego lenia i nie zamierzam z nim walczyć. Wręcz przeciwnie — dostosowałam do niego strategię.
To właśnie dlatego tak konsekwentnie dążę do FIRE. Chcę życia, które nie wymaga ciągłego wysiłku operacyjnego. Chcę systemów, które działają wtedy, gdy ja mam lepsze rzeczy do roboty — albo gdy nie robię nic.
Szukania okazji nie da się pogodzić z lenistwem. To ciągłe sprawdzanie, analizowanie, reagowanie. Selekcja i długoterminowe trzymanie — jak najbardziej.
Jak dziś „szukam” spółek (czyli wcale)
Nie skanuję rynku. Nie śledzę gorących tematów. Nie poluję.
Mam listę około 80 spółek, które przeszły moje filtry jakościowe. To mój prywatny koszyk kandydatów. I gdy przychodzi moment zakupu…
rzucam kością.
Tak, serio.
K100. Stuścienna.
Tak, uwielbiam D&D.
Nie dlatego, że inwestowanie to gra losowa, ale dlatego, że losowanie eliminuje emocje. Skoro wszystkie spółki na liście spełniają moje kryteria, kolejność nie ma znaczenia. A ja nie muszę udawać, że potrafię przewidywać przyszłość.
To podejście uwalnia głowę. I czas.
Dojrzałość inwestora wygląda nudno
Dojrzały inwestor:
- nie goni rynku,
- nie musi być wszędzie,
- nie reaguje na każdy hałas,
- wie, czego NIE chce mieć w portfelu.
Nie szukam już okazji, bo mam system.
Nie poluję, bo selekcja zrobiła swoją robotę.
Nie ekscytuję się wykresami, bo gotówka z dywidend mówi mi więcej niż linia na ekranie.
I to chyba najlepszy znak, że inwestor dorósł:
gdy zamiast pytać „co jeszcze mogę kupić?”, zaczyna pytać
„czy to naprawdę zasługuje na miejsce w moim portfelu?”
📚 To wpis z serii Portfel z Werandy
Zobacz wszystkie posty ➡ https://lesnakapitalistka.com/category/portfel-z-werandy/
Disclaimer:
Wpis ma charakter osobistej refleksji i nie stanowi porady inwestycyjnej ani finansowej. Każda decyzja inwestycyjna wiąże się z ryzykiem i powinna być podejmowana samodzielnie.
Dodaj komentarz